Życie jako ożywiony kościotrup ma swoje zalety; nie potrzebujesz martwić się o jedzenie, picie, nie musisz spać (ten zdradziecki sen!), nic nie swędzi, nie czujesz bólu, nie gryzą robaki, nie chorujesz... Wymieniać można by było naprawdę długo i w trakcie wymieniania człowiek mógłby dojść do wniosku, że ten stan - to istny raj na ziemi. Oczywiście, pomijając kilka szczegółów...
Podświadomie odczuwasz głód i pragnienie - próbując je zaspokoić; brudzisz sobie kręgosłup, miednicę, kości udowe. Co bardziej soczyste kawałki, marnie przeżutego pokarmu osadzają się na goleniach, ostatecznie zadomawiając się pomiędzy kośćmi śródstopia - w tym upale szybko zmieniają się w gnijącą breję, której zapach obudziłby martwego, a sam nosiciel zamienia się w chodzący tuman much - na dodatek głodny i spragniony.
Fizycznie nie odczuwasz potrzeby snu i nawet jeśli chciałbyś - nie jesteś w stanie osiągnąć błogiego stanu zapomnienia. Życie zamienia się w niekończącą się opowieść; bez przerw, czy chwili spokoju... Nie zdając sobie z tego sprawy, przesypiamy niemal połowę swojego życia - a co za tym idzie, bez snu stajemy się dwukrotnie starsi. Dwa razy dłużej czekania, dwa razy więcej czasu na wszystko, a rzeczy do zrobienia tyle co zawsze. Celebrujesz każde wyznaczone sobie zadanie, stajesz się się perfekcjonistą, który rad jest z każdej swojej pomyłki, bo swoje dzieło może zacząć od początku. W nocy zaś, każda godzina wydłuża się niemiłosiernie, a bezczynność tak surowo karana za młodu, zamiast radości - przynosi coraz większe rozdrażnienie.
Szkielet nie posiada oczu, uszu, nosa czy skóry, na pierwszy rzut oka mogłoby się zdawać, że nie odczuwa żadnych bodźców - nic bardziej mylnego. Wprawdzie pierwsze ożywione zwłoki zapomnianych przez ludzi i historię nekromantów, były właśnie tego rodzaju kukłami. Co sprawiało, że sterowanie ich wolą było niezwykle uciążliwe. Nie omijały przeszkód, bezmyślnie napierając twarzą na ściany, taranowały wszystko co stanęło im na drodze, wpdały we wszelkiego rodzaju dziury, przepaści – więcej było z nimi kłopotu niż porzytku. Po latach prób, jednemu z nekromantów nieznanego pochodzenia, udało się ożywić zwłoki które widziały - było to wydarzenie na skalę odkrycia koła, oczywiście w świecie parających się czarną magią. Tajemnica wyciągnięta z torturowanego niemal dekadę czarodzieja, szybko rozeszła się po całym nekromanckim światku. Wraz z jedzeniem, powiększa się apetyt - mawiała moja babcia. Dlatego kolejnym celem było przywrócenie zmarłym narządu słuchu - gdyż najsłabszym ich punktem było to, że łatwo było podejść ich od tyłu i szybko ich unieszkodliwić. Sztuka ta udała się kilka lat temu, jest tak niezwykle kosztowna i krwawa, że tylko najzamożniejsi i najbardziej zdesperowani czarodzieje decydują się na tego typu zabiegi. Nekromanci uznali że, te zmysły w zupełności wystarczą do ich celów i badania w tym kierunku ustały. Ale , o tym wszystkim Trylobiątko nie wiedziała - wyszkolona w walce, ufała jedynie swoim umiejętnościom i orężu, magię pozostawiając słabym, szalonym i naznaczonym przez bogów.
Może się zdawać, że brak odczuwania bólu, to błogosławieństwo dla wojownika. Jednak okazuje się, że w praktyce to nie jest takie wspaniałe. Już w trakcie pierwszej walki w nowym wcieleniu, Trylobiątko zauważyła, że będzie ciężej, niż jej się wydawało. Zauważywszy wroga wyszkolonym i sprawnym ruchem mechanicznie chwyciła za swój łuk, i nie spuszczając z przeciwnika wzroku wyciągała strzałę z kołczanu, wycelowała zwolniła uścisk z paliczków i... nic. Zauważyła, że strzała leży tuż za nią, a cięciwa nieruchomo niczym z kamienia sterczała napięta na oba końce łuku. Okazało się, że brak odczuwania bólu wiąże się z brakiem świadomości dotyku. Od tego momentu każda próba złapania czegoś musiała być odprowadzona wzrokiem. Takie chwile nieuwagi kosztują wiele w trakcie walki - czasami zbyt wiele.
Jednak żadna z tych niedogodności nie przeszkadzała Trylobiątku jak samotność i brak poczucia atrakcyjności. Ba! Świadomość, że jest się odrażająca kreaturą przed którą większość ucieka, a co odważniejsi lub głupsi od razu atakują. Jak samotność nigdy wcześniej nie doskwierała dziewczynie, pomimo że nie widywała się z innym ludźmi zbyt często, ograniczając jedynie kontakty do tych nieuniknionych. W psychice Trylobiątka, jak gnijąca rana jątrzyła się myśl o tym, że nawet jeśli zmieniłaby zdanie i zdecydowała się wrócić do ludzi i do swojego rodzinnego miasta Babilon, to nie ma dla niej powrotu. Przez jej kościsty stan była wielokrotnie zmuszona do bratobójczej walki, patrząc na porąbane toporem zwłoki znajomych, czuła narastający w niej gniew.
Pewnego dnia Trylobiątko przerażona i pełna odrazy, spojrzała na swoją sylwetkę, która była ledwo widoczna pod chmarą latających wokół niej owadów. Ujrzała w tafli jeziora swoją porośniętą mchem czaszkę z pustymi oczodołami i obnażonymi zębami pomiędzy którymi muchy ochoczo składały swoje jaja. Ten widok przeważył szalę złości i goryczy. W części gdzie powinna znajdować sie piękna niczym z posągu szyja, a teraz lśnią jedynie pożółkłe kręgi, zaczął zbierać się krzyk. Krzyk, który nie mógł się wydostać, krzyk który bębnił w jej głowie, niczym tam-tamy barbarzyńców z dalekiego południa. - DOSYĆ! -
Decyzja została podjęta, czas udać się do Kanaanu, by zakończyć ten koszmar. To właśnie w zapomnianych czeluściach Fenicji znajdowała się jedyna nadzieja Trylobiątka. Wygnana z Egiptu za czarną magię, teraz testująca swoje umiejętności na niewolnikach, których masowo wykupywała od zachłannych fenicjańskich kupców. Bezimienna, a jednak z wieloma imionami, wszyscy ją znają, lecz nikt od dziesięcioleci jej nie widział... - Wytropię tą wiedźmę - jestem najlepszą Babilońską łowczynią - jeśli mi się nie uda, to komu? - przekonywała sama siebie. Nie mając się z czym żegnać wyruszyła z miejsca.
Na szczęście innych, im głębiej w ląd tym mniej Fenicjan, bo każde spotkanie z przedstawicielami tego zabobonnego państwa kończyło się kolejnym trupamami - jednym kroczącym wgłąb lasu z garścią denarów i drugim użyźniającym glebę.

T.